Misje są tam, gdzie jesteśmy – misjonarze z Wronek o swojej posłudze [WYWIAD]

Marek i Wacław Dąbrowscy wychowali się we Wronkach, dziś Marek posługuje w dalekiej Ghanie, a Wacław w austriackim miasteczku.

Jak doszło do tego, że ich służba odbywa się poza rodzinnym krajem? Jakie jest chrześcijaństwo w Ghanie, a jakie w Austrii? Za co kochają Wronki? Przekonajcie się, czytając wywiad z o. Markiem Dąbrowskim – werbistą i jego bratem o. Wacławem Dąbrowskim – franciszkaninem.

Marek: W tej chwili jestem w Ghanie na nowej parafii, założonej 25 lat temu, w archidiecezji Akra, oddalona od stolicy ok. 30 km, niedaleko miasta portowego Tema. Miejscowość, która wytworzyła się w przeciągu ostatnich 30-40 lat, gdy zaczęto budować port przy oceanie. Potrzebowali bardzo dużo ludzi do pracy, którzy zaczęli się budować w okolicy, obecnie jest tam ponad 100 000 mieszkańców. Moja parafia jest trzecią, która powstała na terenie tego miasta – Ashaiman. Jest to parafia pw. św. Łukasza. Jestem pierwszym księdzem, który zamieszkał w tej parafii, wcześniej do niej dojeżdżano. Ludność jest oczywiście napływowa, obecnie mamy 2 000 parafian oraz dwie stacje dojazdowe pierwsza z ok. 600 wiernymi i druga z ok. 400 wiernymi. Jesteśmy we dwóch księży, pod opieką mamy różne grupy: mężczyzn, kobiet, młodzieży, dzieci. Wszyscy biorą bardzo czynny udział w życiu parafialnym, angażują się w liturgię przez czytania i śpiew. Silnie działa rada parafialna, razem z księdzem przygotowują program duszpasterski, wybierają tematy, które zostaną poruszone w czasie spotkań grup parafialnych.

Wacław: Myślę, że warto powiedzieć, jak franciszkanie z Polski znaleźli się w Austrii. Początki sięgają 1979, kapucyni opuścili klasztor w Bezau, włodarze i mieszkańcy szukali zakonników, którzy zamieszkaliby w tym klasztorze. Przyjechali do Katowic, gdzie biskup skierował ich do prowincjała. Ich postawa bardzo wzruszyła prowincjała i skierował franciszkanów w tamte rejony. Wyjechałem do Niemiec, aby ratować jeden z klasztorów, miałem być trzy lata, dziś poza granicami kraju jestem ponad 35 lat. W 1991 roku, gdy powstała prowincja poznańska, pojawił się problem z klasztorem w austriackim Bludenz, kapucyni chcieli go zamknąć. Chcieliśmy ten klasztor ratować i razem z o. Adrianem pojechaliśmy do Austrii. Byłem tam 18 lat, pracowaliśmy głównie duszpastersko, nie mieliśmy parafii. Obecnie w tamtym regionie jest 11 franciszkanów. Aktualnie jestem w klasztorze w Dornbirn – mieście liczącym ok. 50 000 mieszkańców. Kraina Voralberg, w której stacjonujemy, to przepiękne górskie tereny pomiędzy Niemcami a Szwajcarią, niedaleko Jeziora Bodeńskiego. Pomagamy okolicznym parafiom, posługujemy w szpitalu, jest okazja do całodziennej spowiedzi świętej.

Działalność parafialna i przyklasztorna jest oparta na ludziach świeckich. Oni są bardzo zaangażowani i czują się odpowiedzialni, funkcjonują koła przyjaciół klasztoru w formie stowarzyszenia, które wspierają finansowo i pomagają w działalności duszpasterskiej. Jest też funkcja tzw. klostervater (ojca klasztornego), osoba miejscowa, która zajmuje się kontaktem z władzami i pomaga w codziennych sprawach urzędowych. Duża działalność osób świeckich wynika przede wszystkim z braku księży, są parafie, gdzie większość spraw załatwiają ludzie świeccy, a księża dojeżdżają.

Jakie wyzwania stawiają misje?

Marek: Należę do misyjnego Zgromadzenia Słowa Bożego, zwanego popularnie werbistami, jest to zgromadzenie założone przez niemieckiego księdza. W seminarium w Pieniężnie przygotowujemy misjonarzy. Obecnie na misjach pracuje ponad 300 werbistów z Polski. Ktokolwiek, kto wstępuje do tego zgromadzenia, ma świadomość, że może wyjechać. Wyjeżdżając, trzeba zdawać sobie sprawę, że jedzie się do innej kultury i nie można bezpośrednio przenosić swoich przyzwyczajeń na inny kontynent. Kiedy przyjechałem do Ghany w 1979 roku był kolejny przewrót wojskowy, po czym gospodarka się załamała, były to bardzo ciężkie czasy dla ludzi w Ghanie, wszystko było kontrolowane przez państwo. W tamtych latach diecezja, do której przybyłem obejmowała trzy inne diecezje, większość księży to byli obcokrajowcy, w tej chwili w tamtym dystrykcie nie ma żadnego zagranicznego misjonarza – są miejscowi księża. W trakcie 40 lat kościół w Ghanie przeszedł wielkie przeobrażenie, posługują w nim przede wszystkim Ghańczycy. Można powiedzieć, że nasze zadanie zostało wykonane, jednak nie oznacza to, że misje się kończą. Kiedyś uważano, że misje muszą być gdzieś, dziś można powiedzieć, że misje są tam, gdzie jesteśmy. Wciąż jest wiele do zrobienia. Obecnie powołania w Ghanie są bardzo liczne, są oni wysyłani do różnych krajów Europy i Ameryki.

Głównym wyzwaniem jest adaptacja do kultury. Niezależnie od tego, jak dobrze pozna się język, to zawsze jest się w pewnym sensie obcym. Trzeba Ghańczyków zrozumieć, to jest inna mentalność i kultura. W tej sferze może dochodzić do wielu nieporozumień. Dlatego nowi misjonarze, którzy przyjeżdżają mają na początku czas, żeby poznać lokalne zwyczaje. Jeśli chodzi o język, to jest to trudne ponieważ jest ich kilkadziesiąt w Ghanie. Jeśli w okolicy jest ludność, która włada tym samym językiem, to w nim odprawiamy msze święte. Problem jest, gdy ludzie z różnych stron Ghany mieszkają na tym samym terenie, tak jak w Akrze. Wtedy liturgia jest odprawiana w języku angielskim, który jest językiem urzędowym w Ghanie. Jest coraz więcej dzieci, które nie mówią już w lokalnych językach, ale tylko w języku angielskim. Oczywiście to przyczynia się do zanikania tradycji i zwyczajów lokalnych, co nie jest łatwe do zaakceptowania.

Wacław: W Austrii mamy odwrotną sytuację. Klasyczną definicją misji, był wyjazd i głoszenie Chrystusa ludziom, którzy go nie znają. Kościół w Ghanie szedł od dołu ku górze, rozwija się. U nas w Europie kościół zaczyna się kurczyć, opiera się coraz bardziej na ludziach świeckich. Gdy trafiłem do Austrii, to nie było większych problemów z obsadzeniem księży w diecezjach, dziś jest ich coraz mniej. Teraz w naszej okolicy najmłodszym księdzem jestem ja, a mam już 66 lat. Dzięki Bogu jest bardzo duża grupa aktywnych katolików świeckich, którzy z własnej inicjatywy organizują różne akcje, tworzą wspólnoty. My, jako bracia zakonni staramy się bardzo mocno w tym uczestniczyć. Poprzedni biskup zwracał uwagę na to, abyśmy w klasztorach nie angażowali się w posługę typowo parafialną, mamy być żywym świadectwem, aby ludzie mieli kontakt z zakonnikami – na tym polega ewangelizacja w Austrii. Dziś Kościół jest postrzegany w świecie jako instytucja, która w pewien sposób ogranicza, ostrzega, mówi, że nie można wszystkiego posiadać, że życie nie składa się tylko z przyjemności. To jest dziś coraz trudniejsze do przyjęcia dla zlaicyzowanego świata. Wspólnoty zakonne mają pomóc dostrzec ludziom Boga w dzisiejszym świecie.

Jaka jest różnica w postrzeganiu zakonników i księży diecezjalnych?

Wacław: Chodzi o to, jaka jest rola klasztoru, a jaka księży diecezjalnych. Klasztor zawsze był jednocześnie synonimem odizolowania i promieniowania na zewnątrz. Był czymś tajemniczym, wyjątkowym, co ważne zakonnik nie był tak mocno związany z codziennymi problemami, którymi żyje proboszcz parafii i z którymi musi sobie radzić. Proboszcz ma wspierać duchowo, ale jest też strażnikiem porządku, nie zawsze może wyrazić na wszystko zgodę, to jest z pewnością duże wyzwanie dla księży diecezjalnych. Zakonnik ma natomiast mieć czas przede wszystkim dla Boga i ludzi, ma słuchać człowieka, umocnić go. Ludzie często przychodzą do klasztoru, by prosić o wsparcie w problemach duchowych i wyjść przesiąknięci atmosferą tego miejsca. Zakonnik i ksiądz diecezjalny mają zupełnie inne zadania.

Jak rozwijał się kościół katolicki w Ghanie?

Marek: Diecezja Akra obchodziła w zeszłym roku 125 lata istnienia, co znaczy, że 125 lat temu przybyło dwóch misjonarzy i odprawili pierwszą mszę świętą na tym terenie. Od tego momentu liczy się, że były to początki kościoła katolickiego w Ghanie. Trzeba powiedzieć, że gdy w Polsce mówimy o kościele, to mamy na myśli kościół katolicki, a w Ghanie kościołów są tysiące: ortodoksyjne, chrześcijańskie, protestanckie. Każdy, kto chce założyć kościół w Ghanie może to zrobić. Kościół katolicki pojawił się w tym państwie później niż kościoły protestanckie. W 1938 roku przyjechało kilku misjonarzy werbistów, którzy zaczęli organizować struktury: parafie, stacje dojazdowe. Dopiero na początku lat 70. biskupem został Ghańczyk, wcześniej byli to misjonarze. Co oznacza, że misjonarze stali się po jakimś czasie jak księża diecezjalni.

W tej chwili w mieście Akra jest ponad 30 parafii, tylko w trzech pracują misjonarze werbiści. Teraz jest czas na to, aby pokazać nasz charyzmat misyjny, czyli to, co powinniśmy robić jako misjonarze.

Wacław: Dla porównania dodam, że brat mówił o 125-leciu istnienia kościoła katolickiego w Ghanie, natomiast w Austrii obchodziliśmy 125-lecie wybudowania klasztoru w Dorbirn, który jest najmłodszym klasztorem na tym terenie. Jaka to jest różnica pomiędzy historią, rozwojem kościoła w Europie a w Ghanie. Kościół w Europie obecnie się przeobraża.

Marek: W Ghanie oprócz kościoła katolickiego, metodystycznego, prezbiteriańskiego są kościoły zakładane przez ludzi świeckich – jest ich oficjalnie kilka tysięcy. Niektóre mają kilkudziesięciu wiernych, są niewielkie. Dzisiaj to jest bardzo duże wyzwanie w Ghanie, ta mnogość kościołów, szczególnie dla katolików. Często jest tak, że inne kościoły mówią, że Ewangelia może być dowolnie interpretowana, kładą duży nacisk na uzdrowienia, wypędzanie złych duchów. Dlatego to jest takie pociągające, bo jeśli ktoś jest chory, to idzie do tego kościoła, w którym uzdrawiają. Często są to kościoły, które nie są ukierunkowane na przyszłość, zbawienie, ale na doczesną egzystencję.

Sytuacje, historie, które najbardziej utkwiły w pamięci, poruszyły serce.

Wacław: Kiedy byłem klerykiem i przyjechała delegacja ludzi z Bezau z prośbą, aby ratować klasztor, to mnie niesamowicie ujęło. Pomyślałem sobie, że jak ci ludzie są głęboko związani i zaangażowani, skoro zdecydowali się mimo trudności, wynajęli samolot, aby przylecieć do Polski. Najbardziej cieszę się z tego, kiedy ktoś z naszego klasztoru wychodzi z poczuciem wsparcia i umocnienia. Kiedy mieliśmy przejąć klasztor w Dorbirn, to nie było od początku takie oczywiste, że się to uda. Niesamowita była wiara mieszkańców, którzy w tej intencji przez kilka lat się spotykali i odmawiali różaniec.

Marek: Gdy się przyjeżdża do innego kraju, innej kultury, to wszystko jest zadziwiające, np. zachowanie mieszkańców. W różny sposób można kogoś niechcący urazić. W Ghanie jest takie powiedzenie: „cudzoziemiec jest jak dziecko i zachowuje się jak dziecko”, dlatego oni patrzą na cudzoziemców pobłażliwie. Są jednak pewne reguły, których trzeba przestrzegać. Np. w czasie powitania, gdy stoi grupa ludzi, witając się, idzie się z prawej strony, wita się każdego po kolei. Nie tak jak w Polsce, że najpierw kobiety lub wg starszeństwa. Bardzo ważne jest to, której ręki się używa. Jeśli komuś coś podajemy, musimy użyć prawej ręki, jeśli użyjemy lewej, to odbierane jest to jako pogarda. W trakcie nauki języka, też wynikają zabawne sytuacje, czasami wiąże się to z zażenowaniem lub wybuchami śmiechu.

Bardzo ważne są pogrzeby w Ghanie, to są wielkie uroczystości. Są specjalne chłodnie, w których przechowują ciała, zazwyczaj przy szpitalu, następnie zjeżdża się rodzina i planują pogrzeb. Zazwyczaj w normalnych sytuacjach od zgonu do pogrzebu mijają 2-3 miesiące, gdy pogrzeb ma być bardziej okazały to do pół roku. Jeśli nieboszczyk zajmował ważne stanowisko, to przygotowania trwają nawet kilka lat. Pogrzeb nigdy nie jest zaskoczeniem, rodzina przychodzi i informuje o tym, że ktoś umarł, ale wiadomo, że pogrzebu od razu nie będzie. Rodzina zazwyczaj chce przygotować się jak najlepiej, remontują domy, bardziej zamożni nawet budują nowe domy. Uroczystości trwają często od piątku do niedzieli, gra czasami orkiestra.

Czy chętnie wracają ojcowie do Wronek? Dlaczego?

Marek: Powód jest jeden, najważniejszy – rodzina, przyjaciele. Wracam do miejsca, gdzie się urodziłem, wychowałem. Choć ja jestem już dłużej w Ghanie niż byłem we Wronkach. Poza rodzinnym miastem jestem już 47 lat, przyjeżdżam co 3 lata na 3 miesiące.

Wacław: To są nasze korzenie, miejsce z którego wyrośliśmy. Jeśli nikt nas tu nie skrzywdził, dzieciństwo i młodość były radosne, to na pewno jest tęsknota i sentyment do tego miejsca. Mam tutaj wielu przyjaciół, kolegów. Nie poszedłem od razu do zakonu, po maturze pracowałem w Spomaszu, potem w Bielsku-Białej. Dlatego mam wielu znajomych i przyjaciół, których chętnie odwiedzam. We Wronkach jestem zazwyczaj 3 razy w roku. W języku niemieckim jest takie piękne słowo „Heimat”, my to nazywamy małą ojczyzną, to jest miejsce, ludzie, dom, z których się czerpie wspomnienia. Wronki są piękne – lasy, jeziora i samo miasteczko, które za wiele się nie zmienia. Przyjeżdża się i wciąż widzi się to samo, to ma swój urok. Oczywiście chciałoby się, żeby to wszystko bardziej się rozwijało, a nie tylko przemysł. Ten sentyment do rodzinnych stron pozostaje, a im człowiek starszy, tym chyba chętniej się wraca do korzeni. Mimo że świat wielki, na co dzień żyję przecież w pobliżu pięknych alpejskich kurortów, to chętnie wracam do Wronek, tu wypoczywam. W sercu pozostaje droga do technikum, ulice, na których się bawiliśmy. Np. ul. Poznańska wcale się nie zmieniła.

Marek: Ja po tylu latach nie mam wielu znajomych, w tym roku moja klasa organizuje spotkanie, zobaczymy, jak to wyjdzie. Na początku jeszcze rozpoznawałem ludzi, dziś już trudno, w pamięci się zaciera. Sentyment jednak jest.

Wacław: W Austrii poczucie przynależności do małej ojczyzny jest bardzo silne, w szkole w pierwszych klasach w ramach geografii nie uczą się stolic świata, ale okolicznych nazw. Wiedzą, jak nazywają się poszczególne szczyty, które otaczają ich miejscowość. Chodzą na wycieczki. W gazetach zawsze są dodatki o nazwie „Heimat”, które dotyczą poszczególnych regionów – tam czytamy o bieżących sprawach. Co ciekawe, nie wszystko piszą redaktorzy, większość opisują grupy, które zorganizowały konkretną akcję czy wyjazd.

Marek: Oczywiście mam kontakt z Wronkami, przez internet. Śledzę stronę Urzędu Miasta i Gminy, czytałem Wronczanie.pl, teraz Moje Wronki. Bardzo interesowała mnie sprawa likwidacji lub rozbudowy szkoły w Nowej Wsi. O kładce i plaży również dowiedziałem się z internetu. Trzeba powiedzieć, że robicie dobrą robotę dla ludzi, którzy są poza Wronkami, a chcą wiedzieć, co dzieje się w rodzinnym mieście.

od lewej: o. Wacław, o. Marek
Kościół i klasztor franciszkanów w Dorbirn
Kościół i klasztor franciszkanów w Dorbirn
Wnętrze kościoła w Dorbirn – dożynki
Dom parafialny w Akrze – Ghana
o. Marek podczas mszy świętej w Ghanie
Msza święta w Ghanie
Kościół parafialny w Akrze – Ghana
o. Marek z parafianką
Moje Wronki - Mój Fyrtel - studio kreatywne