Wronczanin trzeci na międzynarodowym maratonie!

Wronczanin Jakub Szymankiewicz po raz kolejny odniósł niesamowity sukces w międzynarodowym maratonie – tym razem w niedzielę w Lipsku zajął trzecie miejsce na 9 057 biegaczy z całego świata! Ostatecznie maraton ukończyły 532 osoby.

Relację z tego wydarzenia najlepiej przekaże sam zwycięzca, stąd przekazujemy mu głos poniżej:

„Kolejne przygotowania za mną. Te były najtrudniejsze, ponieważ dosyć długo walczyłem nie tylko ze zwiększającym się obciążeniem treningowym, ale przede wszystkim z kilkoma kontuzjami. Początek nie zapowiadał nawet ukończenia pełnego miesiąca przygotowań. Problemy z układem ruchu, czyli przede wszystkim z biodrem, a w dalszej części również z kolanem i Achillesami, które dawały mi się we znaki. Chciałbym podziękować fizjoterapeutom – pani Agnieszce i panu Michałowi za ich pomoc. Wytrwałem. Nie odpuszczałem, a wyznaczony termin maratonu na 19 kwietnia w niemieckim Lipsku z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień stawał się coraz bliższy.

W samym marcu przebiegłem około 500 kilometrów. To był miesiąc niezwykle ważny. W tej fazie przygotowań wystartowałem w dwóch biegach kontrolnych na krótszych dystansach. W połowie marca we Wrocławiu ukończyłem bieg na 10 km z czasem 32:21 minut i zająłem szóste miejsce. W kolejnym start-teście, tym razem na dystansie półmaratonu (21.097 km) w Pabianicach 29 marca, pobiegłem bardzo dobrze taktycznie i uzyskałem niesamowity czas przy bardzo niskim pulsie, świadczącym o dobrym przygotowaniu – 1h 09m 25s, a więc magiczna liczba 1h 10m została pobita. Na tych zawodach byłem podobnie, jak w stolicy województwa dolnośląskiego, szósty. Była mocna konkurencja, cieszyłem się niezmiernie i wyczekiwałem już tylko wyjazdu do Lipska.

Kwiecień rozpoczął się od naderwania lewego Achillesa, jednak bardzo szybko udało mi się wyleczyć ten uraz. Przynajmniej do takiego stopnia, żebym mógł normalnie trenować. Od poniedziałku 13 kwietnia rozpoczęła się moja dieta niskowęglowodanowa, trwająca trzy dni. Z dnia na dzień ograniczam węglowodany. Jem głównie mięso i jajka. Wszelkiego rodzaju kasze, ryż, makarony, owoce, warzywa, chleb, miód, dżem itd. idą w odstawkę. Oczywiście podczas tych trzech ciężkich dla mnie dni normalnie trenuję. No i od czwartku do soboty zaczyna się ładowanie węglowodanowe. Tyle to się trzeba natrudzić :)

Mój start w Leipzig Marathon po raz kolejny okazał się być idealny. Zakładałem sobie 2h 28m. Byłem niezwykle spokojny o to, co się wydarzy. Bo w sumie po co się stresować ? W końcu pracowałem podczas treningów na ten dzień kilkanaście tygodni. Sama trasa była rewelacyjna. Biegliśmy dwa okrążenia. Były moje ulubione długie proste odcinki, a długie podbiegi nie były trudne. Momentami, szczególnie podczas drugiego okrążenia, trzeba było sobie radzić z wiatrem. Przebiegłem bardzo szybko połówkę maratonu w 1h 12m 58s, dzięki czemu dałem sobie spory margines na drugą część. Kalkulowałem, że 1h 14m, nawet 1h 15m powinny być idealne. Wszyscy dopingowali. Świetna atmosfera. Na 38. km przyspieszyłem. Ruszyłem mocniej do przodu, później miałem jeden wolniejszy kilometr między 40-41 km, gdzie straciłem jakieś 5 sekund, co w dalszej fazie okazało się nawet kluczowe. Pod koniec 41. km zmobilizowała mnie kobieta, której puściłem buziaka w ramach podziękowania za doping. Ostatnie 1195 m biegłem z narastającą prędkością. Jeszcze nie było tragedii. Uwierzyłem, w sumie za późno, że można zrobić nawet 2h 26m. Przed końcowym odcinkiem 195 m jeden z konferansjerów spojrzał się na mój numer, na swoją kartkę i zaczął czytać moje imię. Niestety nazwisko okazało się za trudne, nawet nie próbował. Jednak jego mina była w tym momencie bezcenna. Te 195 m biegłem cały czas szybko, też ruszyłem mocniej nieco za późno o 2-3 sekundy. Z wielkim uśmiechem na twarzy wpatrzony w zegar próbowałem wykręcić jeszcze lepszy czas niż się spodziewałem. Wszyscy klaskali, bili brawa i wypatrywali, czy uda się złamać 2h 27m. Co prawda ukończyłem maraton równo w 2h 27m 00s, czyli lepiej niż chciałem, o minutę, nawet o dobrą minutę. Byłem trzeci. Cieszyłem się niezmiernie. Pierwszy był reprezentant Etiopii z czasem 2h 21m 53s, drugim biegaczem na mecie był Bartek Olszewski z czasem 2h 25m 16s, a trzecim był chłopak z Wronek :)

Sukces rodzi się w bólu i samotności, i pod takim hasłem stały całe moje przygotowania do maratonu w Lipsku. Kolejny raz się udało. Teraz czas odpocząć, wyleczyć się i od połowy czerwca ruszać do boju, podjąć nowe, większe wyzwania!

Dla bardziej ciekawskich polecam swoją długą relację – http://kuba.blog.onet.pl/eins-gegen-eins/

Gratulujemy!

 

źródło: wronki.pl